Zanim się pojawiłeś - recenzja książki na Strefie Trelaksu

Wywiad z Panią Beatą Bużan – autorką książki „Żyjemy jeno w snach o sobie” (wywiad)

Rozmowa z Panią Beatą Bużan, nauczycielką angielskiego i hiszpańskiego, a na dniach debiutantką literacką. Autorka zadebiutuje biografią: „Żyjemy jeno w snach o sobie”. Zapraszam serdecznie do lektury!

(StrefaTrelaksu) Pani zbiórka na portalu polakpotrafi ma się świetnie i już prawie przekroczyła próg realizacji. Można zatem śmiało stwierdzić, że jest Pani na progu wydania swojej pierwszej książki. Książki niezwykłej – biografii Pani Babci. Skąd pomysł na napisanie książki właśnie w takiej formie?

(Beata Bużan) Często jest tak, że aby zaistniał pewien rezultat, musimy wprawić w działanie kilka elementów. I tak też było z moją książką. Od dziecka tworzyłam przeróżne formy literackie i zawsze wyobrażałam sobie, że to będzie moje docelowe zajęcie w życiu dorosłym… ale, jak to w życiu bywa, przewrotność losu zadecydowała za mnie i przez wiele lat robiłam inne rzeczy. Choć ciągle w głębi duszy czekając na „ten moment” – móc ludziom opowiadać, bo przecież takie moje plany były. Gdy Babcia opowiedziała mi część swoich tajemnic ponad dwadzieścia lat temu, to jeszcze nie sądziłam, że z tych zwierzeń powstanie książka. A gdy dojrzałam do tej decyzji, to wiedziałam, że nie uniknę dat i miejsc – bo odgrywają całkiem istotną rolę w tej opowieści – jakkolwiek, chciałam, aby mój Czytelnik zaczytał się. Zatem jest to zbeletryzowana biografia.

Pani babcia musiała być niesamowicie ciekawą osobą. Jak w paru słowach opisałby ją Pani?

Spokojna starsza pani, nigdy nie podnosząca głosu, miła dla każdej napotkanej osoby, ustępująca innym, unikająca konfliktów, opiekuńcza i mądra życiowo… taka była moja Babcia. Natomiast moje śledztwo postawiło przede mną kobietę silną i dążącą do swoich celów za wszelką cenę. Nie godzącą się na półśrodki, kompromisy. Niezależną – do pewnego momentu – i nie liczącą na niczyje wsparcie. Przez dużą część życia wcale nie uważała, że rodzina jest najważniejsza, co nie znaczy, że była złym człowiekiem. Ta historia utwierdziła mnie w przekonaniu, że nikt nie jest taki, jaki nam się wydaje. Każdy kryje w sobie wiele postaci.

W księgarniach można znaleźć bardzo wiele książek biograficznych. Czy uważa Pani, że na polskim rynku wydawniczym jest jeszcze miejsce na tan gatunek?

O tak! Lubimy biografie, ale… sławnych osób. Nazwisko przyciąga. Chcemy wiedzieć jak sławni dotarli na szczyt, jaką drogą dążyli do swoich sukcesów. Ich porażki też nas interesują. Przeżywamy ich życie w naszych sercach i dostrzegamy, że jakoś jesteśmy podobni, lubimy widzieć u wielkich te same słabości, jakie i my mamy. Moja Babcia nie była sławna, nie dokonała wielkich rzeczy na miarę zaistnienia w pamięci zbiorowej ludzkości. Ale jest to opowieść o kobiecie, której losy były determinowane przez wydarzenia dziś historyczne. Książka też daje nam możliwość zastanowienia się, czy wpływanie na własne życie ma sens. Czy jesteśmy kowalami własnego losu, czy też wszystko z góry jest już zaplanowane… a może znów: to mieszanka kilku składowych.

Wiele osób pomimo wielkiego talentu wciąż pisze do szuflady i boi się przedstawić swoją twórczość światu. Wraz z wiekiem opory zazwyczaj rosną. Pisze Pani, że nie boi się debiutu po 40. Skąd taka odwaga?

Odwaga to moje drugie imię. Chyba odziedziczyłam je po Babci. W moim przewodniku po życiu nie ma rzeczy niemożliwych. Postanowiłam, że czas spełnić marzenie o pisaniu. Jeśli chcemy mieć wyniki, to musimy działać. Wiem, że umiem opowiadać tak, by zasłuchać słuchaczy. Wierzę również, że i pisać tak umiem. A pomysłów na kolejne książki mam wiele. Druga już powstaje. Debiut w nowej sferze życia, to nic innego, jak rozpoczynanie nowej podróży, jak wybieranie szosy pomiędzy wioskami, zamiast autostrady. To inna droga. Czasem potrzebujesz mapy, czasem musisz zawrócić, czasem podróż trwa nieco dłużej. Ale czujesz, że żyjesz.

Jaki jest Pani stosunek do crowdfundingu. Dlaczego wybrała Pani akurat tę drogę?

Jeszcze miesiąc temu mój stosunek do crowdfundingu był całkowicie obojętny. Wiedziałam zaledwie, że istnieje taka forma zbierania środków na wszelką działalność. Lecz gdy okazało się, że wydawnictwo – Novae Res – zainteresowane moją książką wyda ją, tylko przy współfinansowaniu z mojej strony, to przez jedną noc przeszłam przyspieszony kurs crowdfundingu. Pomysł podsunęła mi koleżanka, trochę się wahałam, a potem to, co zawsze: skok. Jak widać po rosnącej ciągle kwocie – to działa! Już niewiele brakuje do celu.

Czy ciężko było Pani znaleźć wydawnictwo zainteresowane wydaniem książki? Jeżeli można wiedzieć jak długo Pani próbowała?

Gdy skończyłam pisanie i ogłosiłam znajomym, że zamierzam znaleźć wydawnictwo, to kilka razy usłyszałam: „To droga przez mękę. Nie dasz rady. To może być świetna książka, ale wydawnictwa przekładają takie debiuty z biurka na biurko, albo nawet nie otwierają, by zajrzeć. Nie dasz rady”. Muszę przyznać, że to rzeczywiście jest droga przez mękę. I rzeczywiście trwało to długo, bo prawie rok od pierwszej przesyłki pt. „propozycja wydawnicza”. Ale da się zrobić.

Na stronie projektu pisze Pani, że podczas zbierania materiałów do książki przeczesywała Pani zasoby Archiwów Państwowych i była Pani niczym detektyw. Jak się Pani czuła w tej roli? Była to dla Pani przygoda sama w sobie czy raczej środek do celu?

Zaczęło się jako środek do celu. Chciałam znaleźć potwierdzenie słów Babci, bo nikt w rodzinie nie wierzył w te rewelacje, a ja nie przyjmowałam do wiadomości, że ukochana Babcia mogłaby mnie oszukać. Opowiedziała mi kilka wydarzeń ze swojego życia, które – jeśli były prawdziwe – to musiały być gdzieś odnotowane. Najpierw ograniczyłam się do telefonów i maili do osób żyjących w miejscach, z których pochodziła, które coś mogły wiedzieć. Potem wyciągałam akty urodzenia, akty ślubów z urzędów gmin. I tu pewne fragmenty układanki przestały do siebie pasować. Kolejnym więc krokiem musiało być Archiwum Państwowe. Znalazłszy jedną informację, dostrzegałam wskazówki prowadzące do innych i tak stałam się detektywem. Z Gdyni pojechałam do Suwałk, tam znalazłam adres w Bolesławcu. Wszystko w moim życiu zaczynało kręcić się wokół tematyki, którą aktualnie przerabiałam. Nagle spotykałam ludzi, którzy coś wiedzieli, gdzieś mnie prowadzili… czasem były to sytuacje nieoczekiwane, działy się przypadkowe rzeczy z dala od moich poszukiwań, a jednak okazywało się, że dzięki nim trafiam na więcej faktów z życia Babci. Wielka, wspaniała przygoda.

Jak przebiegał proces twórczy pisania książki? Ile zajęło Pani napisanie „Żyjemy jeno w snach o sobie”?

Gdy zaczęłam spisywać wspomnienia Babci, to pracowałam zawodowo dość intensywnie. Zdarzało się, że po dwanaście godzin dziennie, do tego weekendy… a podróże po kraju wymagały czasu, więc mogłam sobie pozwolić na te wyprawy raczej rzadko. Powiesiłam na ścianie tablicę korkową – jak w kryminalnym filmie amerykańskim – na niej przyczepiłam zdjęcia dokumentów, mapę, fotografie dziadków, akty urodzeń różnych osób… gdy nie pisałam, to wpatrywałam się w ten zbiór skarbów, szukając mianowników wspólnych, łącząc fakty. Tworzyłam z przerwami na śledztwa, na pracę, na życie rodzinne. W sumie na ukończenie książki potrzebowałam ponad trzy lata.

Do jakiej grupy odbiorców w pierwszej kolejności zamierza Pani trafić, a do jakiej docelowo?

Chcę, by moja książka sprawiała przyjemność jak najszerszemu gronu odbiorców. To wielopoziomowa opowieść. Są fakty historyczne i relacja ze śledztwa, jest życie dzielnej kobiety z małej wsi, która pragnie być damą i są rozważania o sensie tego wszystkiego… zatem mój wymarzony Czytelnik to ktoś, kto lubi dowiadywać się czegoś nowego, a także zastanowić się nad tym, co przeczytał. Oczywiście idealne dla wielu pisarzy jest, gdy okazuje się, że jego powieść potrafi przemówić do różnych warstw czytelniczych – od mieszkańców drapaczy chmur, po tych spod strzechy.

Kiedy Pani książka ma szansę trafić do wspierających projekt, a kiedy do księgarni?

Wydawnictwo Novae Res donosi, iż ich proces wydawniczy trwa do sześciu miesięcy. Prace wstępne już ruszyły, więc chciałabym wierzyć, że najpóźniej na początku maja książka drukiem pachnąca trafi w ręce zainteresowanych.

Będziemy czekać z niecierpliwością. Co na koniec chciałby Pani przekazać czytelnikom mojego bloga?

Czytelnikom bloga: sięgnijcie po Żyjemy jeno w snach o sobie. Obiecuję, że nie zawiedziecie się, jeśli lubicie emocje podczas lektury. Czytelnikom bloga i książki – wierzcie w swoje marzenia! Spełniajcie je.

Dziękuje Pani Beacie Bużan za poświęcony czas i życzę samych sukcesów w promowaniu swojej niezwykłej książki. Drodzy czytelnicy, pamiętajcie że to jeszcze nie koniec zbiórki! Wesprzeć projekt (kliknij tutaj) można do 03.12.2016r. – serdecznie zachęcam.

  • Dominika Janik

    Powiem szczerze, że jestem bardzo ciekawa książki Pani Beaty. Biografii znany ludzi jest na rynku wydawniczym bez liku, ale niekoniecznie wszystkie są interesujące. Natomiast tego typu powieść, jaką jest biografia własnej babci ma zupełnie inną wartość. Przypomina tworzenie drzewa genealogicznego swojej rodziny i odkrywanie tajemnic rodzinnych lub potwierdzanie pewnych krążących opowieści. Fascynujące jest też odkrywanie na nowo osób z rodziny, które znamy a jednak jakby z innej strony.

    • Wywiady potrafią odkryć to co cenne, a na co dzień niewidoczne. Cieszę się, że również to dostrzegasz 🙂

  • Pingback: Blog Wydawnictwa Novae Res – Żyjemy jeno w snach o sobie()